wtorek, 24 stycznia 2012

13

Dawno mnie tu nie było. Nie to, żeby klienci nie dostarczali materiału na notki :) Po prostu jakoś zapominam to zapisać i wylatuje to z głowy potem. Ale dzisiaj mnie Archer zainspirowała i mi się dwie sytuacje przypomniały.

Podchodzi pani i pyta:
- Czy dostanę taką książkę, hmmmmm [tu myśli intensywnie], "Kubuś Puchatek" czy coś takiego?
Ja zgłupiałam i się patrzę na nią, bo jak kurka można nie znać Kubusia Puchatka. Pani chyba pomyślała, że nie wiem o co jej chodzi i mówi:
- No chyba "Kubuś Puchatek", autor Milne??
Nadal nie wierzę, ale idę, ściągam książkę, podaję.
Pani cała radosna, że dobrze zapamiętała tytuł idzie do kasy.



Kolejna pani przybywa po "Krzyżaków". Ostatnio już mnie nawet nie dziwi, jak rodzice od razu zaznaczają, że chcą lektury z opracowaniem, bo po co dziecko ma się męczyć. Albo są oburzeni, jak jakiejś lektury z opracowaniem nie mamy. Ale nic to. Sięgam po książkę, podaję. Wydanie z Grega, najbardziej popularne.
A pani zadaje mi pytanie:
- A czy tutaj jest też treść?
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, więc poinformowałam panią, że owszem i sobie poszłam.


To mi przypomniało, jak kiedyś u koleżanek w księgarni jakaś pani zapytała, czy ten Mickiewicz to jest jakieś starsze tłumaczenie ;D

niedziela, 18 września 2011

11

Przychodzi pan odebrać zamówiony podręcznik do angielskiego.
K: Jaki tytuł?
Pan: Świat królika
K: Yyyy...?
Tutaj wszyscy umarli.
Pan: Po angielsku Bugs World
K: <poker face>

Hit tygodnia ;D

sobota, 27 sierpnia 2011

10

Rozmawiam sobie z klientem dzisiaj. Nagle się odwracam a za mną stoi facet, wpieprza loda i jeszcze się z tym lodem nachyla nad stołem z książkami. No to mówię:
- Przepraszam, ale proszę nie wchodzić z lodami do księgarni.
Pan udaje, że to nie było do niego i w ogóle najlepiej, że nie wie o co chodzi. Ale stoję i się na niego patrzę. W końcu przestał udawać. I mówi do mnie:
- Ale tam przy wejściu nie ma żadnego piktogramu, że nie można.
Umarłam. No naprawdę, jakbyśmy chcieli wywiesić kartki z wszystkimi informacjami jakich nie ogarniają klienci to bym nam miejsca na ścianach brakło. Bo przecież ludziom trzeba wszystko łopatą do głowy tłuc.
Ale nic to, mówię do pana:
- No wie pan, ale to raczej logiczne.
Pan:
- Jak pani sobie chce, ja sobie mogę gdzieś indziej książkę kupić.
Stał jeszcze chwilę i pewnie czekał aż padnę na kolana i zacznę go po butach całować i w ogóle walić głową w ścianę z rozpaczy. Się nie doczekał i poszedł.
Uwielbiam takich ludzi. Jak nie ma kartki, że czegoś nie wolno to znaczy że można. Bo przecież myślenie boli i sami na to nie wpadną.

Mam ostatnio straszną alergię na ludzi przez tą pracę.

czwartek, 11 sierpnia 2011

9

Przyszedł pan, kupił książkę i chciał do niej torebkę prezentową. Wybiera, ale coś mu nie pasuje, więc R. znajduje mu jakąś i mówi:
- Będzie pan zadowolony.
Pan:
- My na budowie też tak mówimy jak klient jest upierdliwy :)

Na całe szczęście bywają w sezonie podręcznikowym normalni klienci :) Czasami ;]

czwartek, 4 sierpnia 2011

8

Idzie sobie przez księgarnię pan, jak ta błędna owca, rozgląda się, jakby w ogóle nie wiedział co to za dziwne miejsce jest. W końcu nie wytrzymałam i pytam:
- W czymś panu pomóc?
A pan na mnie patrzy i się wydziera na pół księgarni:
- A nieeee, paaani, ja dwadzieścia lat już książki nie czytałem. Z córką przyszedłem.
Zatkało mnie i już nic nie powiedziałam ;D
Pragnę jeszcze dodać, że słowo klikane nie oddaje w pełni tej sytuacji, ponieważ ton i postawa pana odgrywały dużą rolę ;]

niedziela, 31 lipca 2011

7

Jest sezon podręcznikowy, więc mamy ich w księgarni jakiś milion. Są ładnie poukładane, żebyśmy mogli szybko wyszukiwać to, co akurat ktoś ma na liście. Dlatego bardzo nie lubimy, jak klienci sami tam grzebią, bo potem po nich w podręcznikach zostaje tylko syf i malaria. Dzisiaj po tym jak K. znalazła fizykę z gimnazjum w podręcznikach do podstawówki spłodziłam piękną informację "PODRĘCZNIKI PODAJE SPRZEDAWCA", wydrukowałam, powiesiłyśmy z cichą nadzieją, że chociaż co trzeci klient się zastosuje. Albo co dziesiąty. Kartka wisi od jakiejś godziny, podchodzi pan i zaczyna grzebać. Zauważa kartkę. Chwilę myśli. Odwraca się do mnie i mówi coś w stylu:
- A to tak wszystkie muszą mi państwo podawać czy mogę sobie tutaj trochę poprzeglądać?
Załamałam się. Nie kuźwa, ja podaję tylko do polskiego i matematyki a w reszcie klient ma sobie sam grzebać.
Ale nic, uśmiech na twarz i:
- No my raczej byśmy woleli sami szukać, a co panu podać?
Pan: No właściwie to ja już sobie wyjąłem jedną.
...
Ja: A ma pan listę?
Pan: Nie, dlatego właśnie chciałem sobie poprzeglądać, bo mniej więcej wiem jakie to mają być.
Uh uh uh, para z uszu i te sprawy ;] Ale znowu grzeczny uśmiech i poinformowanie pana, że lepiej mieć listę i pewność, bo nie ma zwrotów na podręczniki i jak się kupi nie to potem się ich już nie odda.
Tu następuje zdziwienie:
- To jak to, jakiś minister zarządził, że zwykłe książki można oddać a podręczników nie?
Tak, bo w końcu ministrom się nudzi to piszą ustawy o podręcznikach.
Uśmiech numer 3 i:
- Nie, na zwykłe książki też nie ma zwrotów.
Potem jeszcze trochę marudzenia i pan sobie poszedł.

Rozpisałam się, ale musiałam to z siebie wyrzucić ;D Bo wcześniej już milion razy tłumaczyłam, że nie można zwracać książek, bo nie i już.
Sezon podręcznikowy to ZŁO.
A to dopiero początek.
Jakoś są rodzice, którzy przychodzą z listami i proszą o wyszukanie książek. A niektórym nie dość, że się nie chce ruszyć tyłka do szkoły po listę, to potem przychodzą i robią bajzel bo może coś sobie znajdą _-_